Na 9 dni pojechaliśmy do Bretanii, w okolice Paimpol. Znajoma starsza pani, udostępniła nam w swoim olbrzymim letnim domku na plaży, małe mieszkanko z ogrodem. To ten największy dom, tuż przy plaży widoczny na zdjęciu. Było super. Z wyjątkiem jednego dnia, kiedy siostrzeniec znajomej zaproponował mi łowienie ryb. Probowałem być miły i wyraziłem entuzjazm. Jedna z tych łódek na zdjeciu jest jego, wiec pewnego piątku, o 10 rano, wyruszylismy. Aha, to była raczej motorówka. Jak zasuwaliśmy na pełno morze to było nawet fajnie, mimo że co chwila byłem totalnie spryskany przez fale. Najgorsze sie zaczęŁo jak sie zatrzymaliśmy, wyciągneliśmy wędki i zaczęliśmy łowić. Na moją nadziała się jakaś biedna makrela… I na tym się skończyła zabawa i zaczęły się zajęcia z literatury i biologii. Nowy wymiar zyskały u mnie pojęcia „żołądek podchodził mi do gardła, wbijał się w serce”, itd. Zająłem sie oglądaniem morza z odległości 30 cm, z politowaniem słuchając Stefana, który mówi, że powinienem oglądać horyzont. Po zasadniczym opróżnieniu żołądka za pośrednictwem głowy, ległem na ławeczce, bryzgany przez wode, przewiewany przez wiatr, palony przez słonce. Zapomniałem, że mam odkryte nogi, nie myslalem że pokazuje słońcu dolną częśc pleców… Oj bolało , bolało potem… Od czasu do czasu odrywałem sie od ławeczki, żeby przyjrzeć się z bliska morzu. Troszke zanieczyściłem morze i chyba dlatego ryby omijały wędki Stefana bo niewiele zlowił. Przyniósl mi nawet kilka, ale zapomniałem o kulturze i powiedziałem, że moze nie dzisiaj. W przeddzień wyjazdu, znowu zaproponował, nie odmówiłem, wrzuciliśmy do piekarnika i były super. Nie ma to jak świeże.