W sobotę wieczorem umarła staruszka, która opiekowałem się ponad 2 lata. 15 marca miałaby 98 lat. Teoretycznie opiekowa łem się nią tylko w nocy, ale od pewnego czasu nie zostawiałem jej samej na dłużej, uważając, że jesli to zrobię, najprawdopodobniej nie zastanę jej żywej. Ostatnio bardzo osłabła fizyczniem, prawie przestała chodzić i -jak mówią Francuzi-zaczęła tracić głowę. Nie mogła się z tym pogodzić. W piątek 10 dni temu wezwała swojego lekarza, dwa dni potem w niedziele lekarza pogotowia. Stwierdzili ze jest ok i zlecili dokładniejsze badania. Wieczorem poczuła się lepiej, zadzwoniła do przyjaciółki, żeby sobie ponarzekać. Ta jej poradziła, skoro jej tak źle, wezwać saperów-strażaków pełniących tu również rolę pogotowia w nagłych przypadkach. Ona wzywała, ja odwoływałem. Za trzecim razem odpuściłem. Przyjechali, zabrali ja do szpitala Saint- Joseph, a w zasadzie na pogotowie przy tym szpitalu. Spedziłem już tam kiedyś z nią ponad 10 godzin. O ile reszta służby zdowia prezentuje we Francji jakość nieznaną w Polsce, to ten punkt przekracza zasięg wyobraźni twórców czarnych komedii. Leżała na korytarzu dwie godziny; mówie pielęgniarce, że potrzebuje ona do toalety; odpowiedź: „tu nie ma na to miejsca”. Czekała 3 h na lekarza, potem następne 3 na nastepnego, który zrobił i powiedział to samo. Potem dwie godziny na ambulans, którego jak sie okazało zapomniano zamówić. Potem jeszcze potora godziny. Tym razem odpuściłem. Nie pojechałem. Później sie okazało, że ją zbadali i zapomnieli o niej. Przeleżała na korytarzu, bez jedzenia i picia, a co ważniejsze bez lekarstw kilkanaście godzin. A potem to juz była agonia.